fot. takenfromtravel.com/fot. daniel wiaderny

aby zobaczyć galerię klinknij tu

Krzysiek oświadczył mi się w sierpniu 2016 roku w najlepszym miejscu jaki mogłam sobie wymarzyć… 2122 metry nad poziomem morza, na najwyższym szczycie Czerwonych Wierchów – Krzesanicy, która wznosi się nad polską Doliną Miętusią i słowacką Doliną Cichą. Jednym słowem było CUDOWNIE! Po powrocie wzięliśmy się za planowanie ślubu. Z początku było ciężko, ja szalona z głową pełną pomysłów chciałam oryginalnego ślubu ale zdrowy rozsądek podpowiadał inaczej. Krzysztof spokojnie przytakiwał, siedział cichutko godząc się na moje pomysły. Mieliśmy już zaklepaną datę w naszym kościele parafialnym, byliśmy w trakcie szukania sali na skromne przyjęcie dla najbliższych. Bez skutku – w gorącym okresie weselnym ciężko o fajną salę. Postanowiliśmy zmienić datę ślubu na 7 października (do tej pory nie wiem skąd się wziął w mojej głowie ten październik!) wstrzymaliśmy się z szukaniem sali. Żyliśmy w przekonaniu – co będzie to będzie (tak, u nas to częste podejście). Pewnego styczniowego dnia, wracając drogą S8 do Łodzi w zupełnej ciszy panującej w samochodzie, wydobył się cichuteńki głos mojego wspaniałego narzeczonego „POBIERZMY SIĘ W GÓRACH!”. W tej samej chwili przed moim oczami przeleciał mi obraz najbliższej rodziny pukającej się w czoło w odpowiedzi na naszą propozycję. W mojej głowie zaczęły przeplatać się różnorakie myśli, począwszy od „super, zróbmy to” po te bardziej racjonalne  „znów powiedzą, że mamy głupie pomysły i, że czas dorosnąć”.

Kilkanaście minut później po wymianie irracjonalnych argumentów, gdzie wiadomym było, że cały pomysł nie wypali, podjęliśmy decyzję – ZRÓBMY TO! Skontaktowałam się z dominikanami z Sanktuarium na Wiktorówkach aby zapytać o wolny termin. Dwa tygodnie później byliśmy już w drodze do Zakopanego aby dopełnić wszelkich formalności związanych z ceremonią zaślubin. Tak… najpierw ustaliliśmy datę naszego ślubu, zastanawiając się jakim cudem znajdziemy kwatery dla gości w najbardziej obleganym miesiącu  sierpniu. Po kilku tygodniach poszukiwań, trzech załamaniach nerwowych i wszystkich obgryzionych paznokciach, znaleźliśmy wspaniałą, najcudowniejszą panią Anię i jej „POKOJE U HANKI” z Białego Dunajca, które zawsze będę polecać z całego serca (naprawdę czuliśmy się tam jak w domu).  Po dokończeniu wszelkich formalności związanych ze ślubem, noclegiem i poczęstunkiem przyszedł czas na strój. Oj to było niesamowite. W mojej głowie przewijało się mnóstwo sukienek, oczywiście do kolan. Broń Boże długich! To nie było w moim stylu. Było bardzo ciężko, szukałam wszędzie, w sieciówkach, salonach. Buszowanie za ciuchami w sieci szybko mnie nudzi i  więc poszukiwania zakończyłam po 3 dniach. Tak, tak szybko się znudziłam. Wtedy przypadkowo natknęłam się na stronę luludesign. Napisałam wiadomość z prośbą o uszycie sukienki „tego konkretnego modelu” podałam swoje wymiary, tak! wszystko działo się online. Po 3 tygodniach otrzymałam tę piękną, wymarzoną, idealnie uszytą na miarę sukienkę za… 190 złotych. Tak dobrze czytacie za 190 złotych, nie za 1900. Jako dodatek do sukienki zakupiłam w weki handmade komplet dwóch bransoletek, zrobionych  specjalnie dla mnie. Cały zestaw kosztował mnie 240 złotych. Bieliznę dostałam od dziewczyn przy okazji wieczoru panieńskiego – chyba był droższy niż cały mój ślubny zestaw! Mój szanowny jeszcze wtedy narzeczony dokonał zakupu garnituru w ciągu 15 minut. Człowiek – konkret. Spojrzał na wystawę, spodobało mu się, zapytał o cenę, kupił. Kupił z niezłą zniżką w PAWO!

Przygotowania poszły bardzo sprawnie. Najgorzej było… z zaproszeniami. Tak dobrze czytacie z zaproszeniami na swój własny ślub. Robiłam 30 wersji. Żadna mi się nie podobała. Z każdą poprawką mówiłam sobie w głowie „Jezu dziewczyno abyś nie miała takich marudnych klientów jak Ty!”. Wiele rzeczy robiliśmy sami. Wszystko było już ustalone. Nie mieliśmy doradców ślubnych, również staraliśmy się nie radzić najbliższych bo każdy wciąż miał swoje „ale”. Omijając pasmo kłótni, wzięliśmy sprawy w swoje ręce.

Nadszedł czas ślubu… oj tu to będzie dopiero historia miłosna! W przeddzień ceremonii, kiedy wszyscy najbliżsi dotarli już na miejsce, zabraliśmy swoje piękne stroje i pojechaliśmy w stronę Sanktuarium aby zostawić je wraz z całą dokumentacją ślubną. Po przejściu szlaku na Wiktorówki i przywitaniu się z o. Cyprianem, usłyszeliśmy zdanie, którego nie zapomnimy do końca życia: „Ale ten ślub nie może się odbyć, nie macie pełnej dokumentacji z USC” – zamarłam. Łzy automatycznie wypłynęły ciurkiem po policzkach. „Jak to? Gdzie zrobiliśmy błąd ? Jak to możliwe ?” Po wymianie kilku zdań i tysiącu pytań z mojej strony okazało się, że ksiądz w mojej parafii przypadkowo zabrał o jeden egzemplarz za dużo. Właśnie ten, który powinien być dostarczony tu na miejsce. „I co teraz ?” Zadzwoniłam do bratowej, która skontaktowała się z parafią. Dokładnie tego samego dnia poszukiwany ksiądz wrócił z letniego urlopu. Ale co z tego – myślę sobie, skoro nie mamy fizycznie tego cholernego papierka! Zaczęliśmy schodzić na dół, na do widzenia usłyszałam od o. Cypriana „będę się za Was modlił!”. Wcale nie dodało mi to otuchy. Musieliśmy coś wymyślić, nie było innego wyjścia. Zaczęła się wymiana telefoniczna z księdzem z parafii. Ten na szczęście poczuł się w obowiązku i zaczął kontaktować się bezpośrednio z Wiktorówkami. Oczekiwanie na decyzję trwało dla nas całą wieczność. Po powrocie do pensjonatu wszyscy bardzo się zżyli, widać było tę więź. Naprawdę bardzo wzruszający moment. Widziałam, że mamy duże wsparcie.  I wiecie co ? Wtedy cała zapłakana, tuląc się do Krzyśka, uświadomiłam sobie jak bardzo go kocham i jak bardzo chcę być z nim do końca, jak bardzo jest dla mnie ważny, jest dla mnie najlepszym przyjacielem. W tym samym momencie zadzwonił mój telefon „Możecie wziąć ślub! dogadaliśmy się z o. Cyprianem, że dostarczycie dokumenty w następnym tygodniu” To było lepsze jak wygrana w Lotka chociaż takowej nie doświadczyłam. Tym razem już był płacz ze szczęścia. Cudowne uczucie, jakbym znów odzyskała mojego najlepszego przyjaciela.

W całym zamęcie zapomnieliśmy przygotować się „wizualnie” do tego pięknego dnia. Około godziny 23 bo wszystko działo się w godzinach wieczornych, zaczęłam pleść wianek. Kwiatów w ogrodzie u pani Ani było mnóstwo więc miałam w czym przebierać. Potem wspólna godzina w łazience, szybki prysznic, paznokcie i byliśmy „odświeżeni” bez zbędnych pedicurzystek, kosmetyczek  itp. itd. Rano wszystko poszło zgodnie z planem. Szybki makijaż, włosy związałam sobie sama, przebieraliśmy się dopiero na górze więc szybko wyjechaliśmy w stronę parkingu. I tu kolejny stres – dojazd!. Droga na Wiktorówki prowadzi również do Morskiego Oka, a co się wiąże z milionem turystów i zajętych miejsc parkingowych. Na szczęście Dominikanie chyba wymodlili dla nas idealną pogodę bez słońca, więc jak przystało na prawdziwych turystów zakopiańskich, wszyscy zostali w karczmach na Krupówkach, uff… Goście mieli miejsce na postój pod samym szlakiem.

Opadły nam już nerwy w stu procentach. Gdy dotarliśmy do Sanktuarium już niczym się nie stresowaliśmy (tak, wiem dopiero wtedy wszyscy stresują się przysięgą itp.). Ceremonia przebiegła idealnie, skromnie, wśród najbliższych no i… kilku turystów. Schodząc ze szlaku w drodze na poczęstunek odetchnęliśmy z ulgą. Tak jesteśmy już mężem i żoną, udało się. Kochajmy się! zbyt dużo nas to kosztowało:)

 

do góry